
Wielu z Was pewnie korzysta już z najnowszej generacji systemu Windows. Ja nie i to się prawdopodobnie szybko nie zmieni. Może to infantylne, ale jest to moja forma buntu przeciwko monopolistycznej polityce Microsoftu, która nie ma nic wspólnego ani z bezpieczeństwem, ani tym bardziej z ekologią.
Microsoft konsekwentnie zmusza użytkowników Windows 10 do przejścia na nową platformę, robiąc to albo w sposób podprogowy, albo otwarcie szantażując swoich klientów. Jak inaczej nazwać wciskanie nam, że jeśli zostaniemy przy dziesiątce, to spotka nas cyfrowy Armagedon? Czy rzeczywiście dalsze korzystanie z Windowsa 10 jest równoznaczne z tym, że zostaniemy okradzeni z danych, pieniędzy, swojej pracy itd.? Mam poważne wątpliwości.
Szczytem bezczelności ze strony Microsoftu jest natomiast wykluczenie z darmowej aktualizacji do Windowsa 11 użytkowników sprzętów, które – w ocenie giganta z Redmond – nie spełniają kryteriów technicznych. Guzik prawda. Moje dwa komputery, choć mają około pięciu lat, wciąż są w 100% sprawne, szybkie, spokojnie można na nich uruchomić najnowsze gry, a rzekomo nie „pociągną” systemu operacyjnego? Bujda na resorach.
Dlaczego Microsoftowi zezwolono na tak z gruntu nieuczciwą praktykę? Dlaczego Unia Europejska, która nakazuje nam zbieranie i grzeczne odnoszenie plastikowych butelek do sklepów nie reaguje na fakt, że amerykańska firma przyczynia się do produkcji kolejnych ton elektrośmieci?
Skoro Microsoft zmusza użytkowników w pełni sprawnych, wciąż nowoczesnych komputerów do ich wymiany tylko po to, aby mogli korzystać z najnowszej wersji systemu operacyjnego, to jest to działanie sprzeczne nie tylko ze zdrowym rozsądkiem, ale też z celami klimatycznymi, z których Europa jest tak bardzo dumna.
Ja podziękuję, zostaję przy Windows 10, będę korzystać z aktualizacji zabezpieczeń gwarantowanych do października 2026 roku i jeśli do tego czasu moje komputery będą nadal sprawne, to zostaną przy starym systemie operacyjnym. O bezpieczeństwo cyfrowe zadbam we własnym zakresie.